Poprzedni
Następny

Perły z lamusa: „Boys Of Summer”, Dona Henleya. Wyjątkowo mroźne lato

Don Henley

Choć nadal po uszy tkwimy w paskudnej aurze lutego, sięgniemy dziś po jesienną piosenkę o lecie – bo pomimo tytułu, utwór Dona Henleya „Boys Of Summer” nie ma zbyt wiele wspólnego z wakacyjnymi rozrywkami. Nostalgiczne wspomnienia minionego lata, okraszone chłodną muzyką pasują zdecydowanie nie tylko do jesiennych, ale również zimowych wieczorów.

Jest w tej piosence pewien przejmujący smutek. Zamiast oczekiwanego traktatu o słońcu, surfingu i całej reszcie kalifornijskich letnich atrakcji mamy tu do czynienia z mrokiem, który pamiętamy też ze słynnego hitu The Eagels – „Hotel California”. Członkowie zespołu ewidentnie maja talent do ukrywania dramatycznych historii pod tytułami kojarzącymi się z zupełnie innymi odczuciami. I tak, „The Boys of Summer” przedstawia pełną namiętności i zawodu historię mężczyzny, który wspomina czułe lato z kochanką. Możemy jedynie domyślać się, że kobieta porzuciła darzącego ją uczuciem człowieka dla innych rozrywek – być może właśnie dla owych opalonych chłopców z plaży, być może z innych powodów. Pozostawiła jednak po sobie pustkę.

Biorąc pod uwagę sam tytuł, może on w głowach solidnie namieszać – jak zrobił to wśród amerykańskich fanów baseballu. Henley zapożyczył bowiem zwrot „boys of summer” ze znanej w USA książki Rogera Kahna o brooklyńskich baseballistach (znana drużyna Dodgers). Tym pogodnym określeniem nazywano członków uwielbianej w Nowym Jorku drużyny, a Henley postanowił wykorzystać ten zwrot po to, by wywołać skojarzenie z czymś, co jest młodzieńcze żywe, pożądane – i z czym narrator tekstu piosenki najzwyczajniej w świecie nie może już konkurować.

Kryzys wieku, kryzys uczuć

Istnieją też w tym tekście elementy, które mogą sugerować, że jego autor popadł w lekki kryzys wieku średniego – co może się zdawać nieco naciągniętym wnioskiem, bowiem w momencie wypuszczenia „Boys Of Summer” w świat Don Henley miał zaledwie 37 lat. A jednak wspomnienia o jesieni, o tęsknocie za młodzieńczymi zrywami mogą sugerować pewne życiowe zmęczenie. Henley miał co prawa już za sobą spektakularną karierę z zespołem The Eagels, ale przecież jego solowe działania były również pełne sukcesów. Słychać tu jednak wyraźnie pewną nutkę tęsknoty za przemijającą młodością, co szczególnie wybrzmiewa w jednym, dość enigmatycznym fragmencie.

Out on the road today, I saw a deadhead sticker on a Cadillac, A little voice inside my head said, Don't look back, you can never look back” – śpiewa Henley w połowie utworu. Te słowa to nawiązanie do prawdziwego zdarzenia z życia Henleya – tu trzeba jednak pospieszyć z wyjaśnieniem. „Deadhead sticker” to naklejka na zderzak, która przedstawia słynne logo związane z zespołem Grateful Dead – raczej niezwykły widok na drogim cadillacu.

Deadhead sticker

Jechałem autostradą San Diego i minąłem Cadillaca Sevilla za 21.000 dolarów, symbol statusu prawicowej amerykańskiej burżuazji górnej i średniej klasy – wszystkich tych facetów w niebieskich marynarkach i szarych spodniach – i była na nim naklejka na zderzak Grateful Dead – Deadhead! – opowiadał Henley w wywiadzie dla magazynu NME. Gdy pomyśleć o tym, jak symbol buntowniczej młodości skończył na burżuazyjnym zderzaku, można właściwie zacząć domyślać się, dlaczego artysta poczuł się raczej staro.

Muzyka, która wieje chłodem

Za emocjonalne dźwięki tej kompozycji odpowiedzialny jest nie kto inny, a Mike Campbell – niekwestionowany mistrz kreowania atmosfery muzyką i gitarzysta w zespole Tomma Petty’ego Przywiązany do rockowych brzmień Petty rzadko dawał mu okazję do pełnego wykorzystania możliwości syntezatorów. Henley nie miał nic przeciwko wykorzystaniu nowoczesnych instrumentów, Campbell miał zatem pole do popisu. Stworzył zatem tę niezwykle lodowatą i przejmującą kompozycję, a Henley po jej usłyszeniu natychmiast usiadł do pisania tekstu. Połączenie wizji dwóch artystów okazało się sukcesem, a utwór kwitł na piątym miejscu listy Billboard HOT 100, zbierając coraz większe rzesze fanów. Trudno się dziwić – ten rodzaj muzycznej magii jest naprawdę wyjątkowy.

Warto tu dodać, że Tom Petty pozazdrościł nieco sukcesu Henleyowi i kilka lat później próbował z pomocą Campbella odtworzyć to surowe piękno syntezatorów w utworze „Runaway Trains”. Nie zakończyło się to spektakularnym sukcesem, choć ciężka mowa syntezatorów w tym utworze jest kolejnym wyjątkowym dziełem Campbella.

Sukces w MTV

Teledysk do tego utworu był wielkim zwycięzcą podczas rozdania MTV Video Music Awards w 1985 roku. Wygrał w kategoriach: Wideoklip Roku, Najlepszy Reżyser, Wizualne Dzieło Sztuki oraz Najlepsze Zdjęcia.

Reżyserem tego klipu był Jean-Baptiste Mondino, francuski grafik i fotograf. Aby nakręcić ten teledysk, musiał przyjechać do Los Angeles z Francji.

Mieszkałem wtedy w Paryżu i tam też weszliśmy już w nową erę, bardziej nowoczesną. Ale nie mogłem odmówić wyjazdu do LA – ta propozycja była jak marzenie. Jednak, kiedy tam dotarłem, byłem bardzo rozczarowany, ponieważ okazało się, że jest duża różnica między tym, co widziałem w dzieciństwie, w pięknych starych hollywoodzkich filmach, a tym, czym właściwie jest Los Angeles. Kiedy słuchałem „Boys Of Summer”, było w tym coś nostalgicznego – autor patrzył za siebie, mówił o czymś, co zostawia za sobą. Lata siedemdziesiąte właśnie umierały – opowiadał Mondino autorom książki „I Want My MTV: The Uncensored Story of the Music Video Revolution”.

Te tęsknotę i chłodny powiew śmierci lat siedemdziesiątych można wyczuć w monochromatycznym teledysku autorstwa Mondino. Sam klip jest – jak większość jego dzieł – artystyczny i abstrakcyjny. Kiedy Henley odbierał nagrodę dla Najlepszego Wideoklipu na VMA, przyznał, że nie ma pojęcia, co się właściwie działo, kiedy kręcono ten klip, ale powiedział, że Mondino i jego ekipa stworzyli „Południową Kalifornię wyglądającą jak południe Francji”.

Klip robił oszałamiającą karierę telewizyjną, a piosenka korzystała i z tej popularności, stając się powoli jednym z hymnów 1984 roku, a ostatecznie jednym z najważniejszych utworów tej dekady. Drugie życie dało jej też wielu artystów i zespołów kolejnych dwóch dekad, choć jej najciekawsze covery zostały nagrane w latach dwutysięcznych. Warto tu wspomnieć choćby o interpretacji zespołu The Ataris, która dodała nostalgicznemu utworowi niesamowitej energii.

To wykonanie zdecydowanie dowodzi, że „Boys Of Summer” to kompozycja, która – w przeciwieństwie do lat siedemdziesiątych – raczej się nie zestarzeje. Słuchajmy zatem radośnie, nie poddając się zbyt wielkiej tęsknocie. A jeśli chcecie sprawdzić na jakim sprzęcie audio „Boys Of Summer” brzmi najlepiej, skontaktujcie się z najbliższym salonem Top Hi-Fi & Video Design i umówcie na indywidualną prezentację.

Poprzedni
Powrót do aktualności
Następny

Polecane

Umów się na prezentację w salonie

W każdym z naszych salonów znajduje się sala odsłuchowa, w której w miłej atmosferze zaprezentujemy Ci brzmienie wybranego przez Ciebie sprzętu audio.

Umów się na spotkanie

Zobacz listę salonów

Umów

Top Hi-Fi & Video Design

Salony firmowe

Salony firmowe

Top Hi-Fi & Video Design: