Aktualności


Aktualności

9. najbardziej niedocenianych gitarzystów

3 oceny

9. najbardziej niedocenianych gitarzystów

Nigdy nie trafili do pierwszej dziesiątki najlepszych gitarzystów wszech czasów magazynu Rolling Stone. Co więcej, pewnie nigdy do niej nie trafią. Ale liczymy na to, że – choć pozornie niedoceniani – zapisują się złotymi literami w umysłach prawdziwych fanów gitar. Poznajcie naszą diamentową dziewiątkę gitarzystów, których możemy słuchać nieustannie.

Po pobieżnym przeczytaniu samych nazwisk, nasi Czytelnicy mogą z niedowierzaniem zakrzyknąć: - Jak to NIEDOCENIANI?! Jednak krytycy i rankingi to zwierzęta bezlitosne, które nie zawsze kierują się tym, co ma największe znaczenie dla fanów dobrego gitarowego grania.

Część naszych bohaterów jest zbyt młoda, część traci przez kontrast z innymi osobowościami ze swoich zespołów. Znajdziecie tu jednego „źle urodzonego” i takiego, którego inne talenty przyćmiły ten gitarowy. A jeśli o kimś zapomnieliśmy, po prostu nam przypomnijcie.

Prince – The Artist Formerly Known as Prince, The Love Symbol, solo

Zmarły w 2016 roku artysta zazwyczaj podziwiany jest jako fenomenalny wokalista, multiinstrumentalista i wspaniały tekściarz – zwraca się też uwagę na jego niezwykłą sceniczną manierę. Ale prawdziwi fani rozumieją, że Prince był prawdziwym wirtuozem gitary i wszelkie jego talenty bledną przy tym, w jaki sposób posługiwał się instrumentem. Jego wyrafinowana gra, wydobywanie ze strun dźwięków dla gitary zupełnie osobliwych oraz delikatność w ich tworzeniu zasługują na najwyższą ocenę.

Nie można chyba opisać gry Prince’a lepiej, niż zrobił to Billy Gibbons, który w jednym z wywiadów po śmierci artysty powiedział: – Cóż, najlepszym słowem na opisanie jego gry na gitarze jest chyba „fenomenalne”. Wierzę, że to właśnie słowo, które tkwi w głowach wszystkich, którzy mogli sobie pozwolić na luksus oglądania występu Prince’a na żywo. Oczywiście możemy szukać innych superlatyw, ale chyba doszliśmy do punktu, w którym nie da się tego opisać inaczej.

Billy Gibbons – ZZ TOP

Skoro jesteśmy przy Gibbonsie, nie sposób nie wspomnieć, że był jednym z pierwszych gitarzystów, którzy przyszli na myśl podczas tworzenia tej listy. Billy Gibbons trzyma się dzielnie na 32. miejscu listy Rolling Stone, ale biorąc pod uwagę jego talent oraz fakt, że został osobiście doceniony przez najwspanialszego (oczywiście numer jeden na wspomnianej liście) Jimmy’ego Hendrixa – można przypuszczać, że zasługuje na o wiele wyższą notę w tej konkurencji.

Krytycy często nie doceniają gitarzystów z zespołów, które grają porządnego i klasycznego southern rocka – jest dla nich zbyt toporny, zbyt przyciężki. Jednak to właśnie w mocnych i prostych riffach najlepiej widać to, jak Gibbons wyciąga z instrumentu nie tylko moc, ale też delikatność, która objawia się w bardzo nieoczekiwanych momentach. Zdecydowanie głosujemy za umieszczeniem go w pierwszej dwudziestce.

Fanom – a przede wszystkim osobom grającym na gitarze – możemy zdecydowanie polecić kurs bluesowego grania, jaki Gibbons wydał wraz z Gretschem Billym-Boe’m. Nie tylko do nauki, ale po prostu do posłuchania. Perełka!

Alex Lifeson – RUSH

Naszym zdaniem to jeden z najlepszych przykładów artysty, na którego ocenie cieniem kładzie się współpraca z innymi wirtuozami. Występowanie na jednej scenie z Neilem Peartem, który jest – także według rankingu Rolling Stone – czwartym najlepszym perkusistą wszech czasów oraz wokalistą, którego głos kruszy mury, nie jest najlepszym sposobem na bycie dostrzeżonym. Tylko to może naszym zdaniem tłumaczyć fakt, że Alex Lifeson na liście Rolling Stone zajmuje… 98. miejsce.

Niektórzy tłumaczą to faktem, że jego solówki mają w sobie wiele pozornej przypadkowości – można nawet powiedzieć, że pewnego anarchizmu. Ten sposób gry może być uznany za niechlujny, niedostatecznie dopracowany technicznie. Owszem, porównując Lifesona z najbardziej „technicznie” grającymi gitarzystami można odnieść takie wrażenie. Trudniej w tym pozornym chaosie odnaleźć wirtuozerię polegającą na wydobywaniu z instrumentu dźwięków żywych, zachwycających i budzących masę emocji. Najwyraźniej czasem bardziej ceni się rzemieślników niż artystów spontanicznych, którzy z chaosu potrafią wykreować coś absolutnie niezapomnianego.

Angus Young – AC/DC

To kolejny przykład na to, jak blado można czasem wypadać solo w zderzeniu z twórczością całego zespołu. Angus Young znajduje się co prawda na 24 miejscu słynnej listy gitarzystów wszech czasów, opublikowanej przez magazyn Rolling Stone, ale jego osiągnięcia muzyczne bywają bagatelizowane – może nie przez zatwardziałych fanów, ale przez krytyków, którzy skupiają się raczej na całokształcie. Być może miał na to w pewnym momencie wpływ jego scenicznej maniery – zarówno stroju (to pomysł jego siostry), jak i słynnego „duckwalk”, czyli sposobu poruszania się po scenie na jednej nodze. Co bardziej nadęci krytycy określali jego zachowanie jako „dziecinne” i uważali, że skoro brak mu techniki, stara się zwrócić na siebie uwagę w inny sposób. Na szczęście wszyscy wiemy lepiej i uważamy, że Angus zdecydowanie zasługuje na baczniejszą uwagę. Posłuchajcie, co mówi o nim Scott Ian z Anthrax około 4. minuty filmu poniżej.

Z ciekawostek – pierwszym instrumentem Younga było… banjo, które samodzielnie przerobił na sześciostrunowy instrument. Dopiero później sięgnął po tanią używaną gitarę akustyczną, którą kupiła mu jego mama. Natomiast jego pierwszą prawdziwą gitarą był, co nie dziwi, Gibson SG. Kupił ją w 1970 roku w sklepie muzycznym. Do dziś jest jego własnością i nadal jest jednym z jego ulubionych instrumentów.

Mark Knopfler – Dire Straits, solo

O tym, jak gitarą posługuje się niewiarygodny Mark Knopfler chyba nie wypada nawet pisać, bowiem fakt, że nie znalazł się w absolutnym topie wszech czasów jest dla jego sympatyków obraźliwy. Nie mówimy nawet o samych czasach Dire Straits – choć jako fun fact możemy dodać, że na piosence „Sultans of swing” wielu klientów naszych salonów audio testuje sprzęt, który chcą kupić.

 

Aby w pełni docenić rewelacyjną technicznie i jednocześnie emocjonalna grę Knopflera, warto posłuchać jego solowych albumów, które brzmią milionem bardzo eklektycznych nut. Mark Knopfler sięga po wiele gatunków muzycznych – nawet po country, za którym artysta podobno bardzo przepada. By zrozumieć potęgę jego możliwości, trzeba porzucić słuchanie klasycznych hitów i udać do krainy mocno gitarowego brzmienia, która kwitnie na albumach solowych – gdzie pozostałe instrumenty stanowią po prostu piękne tło dla wyrafinowanej gitary mistrza. Chylimy czoła!

 

(Tak, Mark Knopfler zasługuje na dwa klipy)

Ritchie Blackmore – Deep Purple, Rainbow, Blackmore’s Night

Nikt chyba lepiej nie opisze Blackmore’a niż tak, jak zrobił to Phil Collen z zespołu Def Lepard.

Pierwszym koncertem, na jaki kiedykolwiek poszedłem, był wystep Deep Purple – zaraz po tym, jak wydali album Machine Head. Zagrali kawałek Highway Star i to mnie zabiło. To właśnie wtedy postanowiłem zacząć grać na gitarze. Ritchie Blackmore miał na to ogromny wpływ, bo był niewiarygodny – oszałamiający i błyskotliwy. Nawet teraz, kiedy słucha się go po latach, słychać, jak wielkim jest muzykiem. Uwielbiam tę jego „krzykliwą” grę na gitarze prowadzącej, a technika Blackmore'a jest świetna – jest mocna, doskonale agresywna. Nie zależy mi na tym, żeby palce były sprawne, żeby akustyka była idealna. Jego gitara to elektryczny, krzyczący, głośny rock, który kocham – mówił Phil.

Ciężko dodać coś do słów Collena – może poza tym, że to, co potrafi zrobić na gitarze Blackmore, potrafi czasem bardziej kojarzyć się z mocnym i anarchistycznym wokalem niż muzyką gitarową. Tak po prostu powinien brzmieć porządny rock!

Jack White – The White Stripes, The Racounter, solo

Niektórym znawcom (czy może „znafcą”) muzyki zdaje się skandaliczne, że Jack White na liście Rolling Stone wyprzedza takich gitarzystów, jak Kurt Cobain, Buddy Holly czy Paul Simon. Jednak wietrzymy naszym szóstym zmysłem, że za kilka lat White przeskoczy do pierwszej dwudziestki gitarzystów wszech czasów. Dziś krytycy i fani bardziej doceniają jego zmysł twórczy oraz niewiarygodnie charakterystyczny i porywający głos – co oczywiście nie do końca jest błędem. Jednak, gdy rozmawiamy o muzykach, warto skupić się przede wszystkim na tym, co potrafią zrobić, gdy dostaną do ręki gitarę.

Riffy White’a są pozornie proste, nawet nieco chaotyczne. Mają w sobie często wiele surowości, ale gdy zestawimy jego grę z tym wspaniałym i wibrującym w uszach wokalem, to bez problemu da się zauważyć, że Jack White najzwyczajniej na świecie używa dwóch instrumentów jednocześnie. Jego gitara idealnie pracuje z głosem, dzięki czemu White jest po prostu jednoosobowym zespołem. Ten szczególny talent krytycy powinni szanować, podkreślać i wychwalać pod niebiosa. Ale być może trzeba po prostu poczekać, by jeden z najlepszych gitarzystów XXI wieku zdetronizował kilku starszych kolegów.

Matthew James Bellamy – MUSE

Bellamy jest kolejnym przykładem na to, że młodszym pokoleniom ciężko przebić się przez sławę i chwałę muzyków na stałe zakorzenionych w umysłach fanów. Na szczęście możemy spokojnie stwierdzić, że Matt Bellamy niedługo utrzyma się na listach gitarzystów niedocenionych.

W 2010 roku, w styczniowej edycji magazynu Total Guitar, Bellamy został nazwany „gitarzystą dekady" oraz ogłoszony „Hendrixem swojego pokolenia”. Nie dziwi to chyba żadnego fana zespołu MUSE – emocje generowane przez dźwięki gitary Matta są silne, a znawcy sztuki z pewnością docenią jego technikę, opartą przede wszystkim na delikatności w podejściu do instrumentu. Nawet mocne i liryczne dźwięki Bellamy wyciąga z gitary w pozornie nonszalancki i bezwysiłkowy sposób. Wydaje się często kompletnie oderwany myślami od występu – zdaje się grać automatycznie, ale zdecydowanie nie w negatywnym znaczeniu tego słowa. Zdaje się po prostu być zrośnięty z gitarą i przekazywać prosto na jej struny całą muzykę, jaka właśnie ma w głowie. To cechy prawdziwego wirtuoza.

Dick Dale

U melomanów może to wzbudzić niedowierzanie, ale Dick Dale często rozpoznawany jest współcześnie jako autor jednej piosenki. Jego przebój „Misirlou” znalazł się w początkowej scenie legendarnej produkcji Quentina Tarantino – „Pulp Fiction”. Na szczęście nie wszyscy traktują tego rewelacyjnego gitarzystę jak przypadkowego twórcę jednego hitu – wręcz przeciwnie: uważają go za króla surf rocka, ojca heavy metalu i jednego z absolutnie najlepszych gitarzystów, jacy kiedykolwiek czarowali dźwiękami ze scen.

To dla niego Leo Fender wymyślił 100 watowy wzmacniacz Fender Dual Showman, bo te o mniejszej mocy po prostu stawały w ogniu. Fender mawiał, że jeśli coś przetrwa ultra agresywny styl gry Dicka Dale'a to przetrwa wszystko i podarował mu Fendera Stratocastera - była to jedyna gitara, jaką Dick posiadał przez całe życie.

Jego gra wyróżniała się charakterystycznym brzmieniem, opartym o niesłabnący, mocno energetyczny rytm i głębię dźwięków. Technika jego gry zachwyca do dziś i stanowi wyzwanie dla następców – niewiarygodne tempo, w jakim Dale potrafił szarpać struny, by wydobyć z nich czysty i doskonały dźwięk stanowiły o wielkości muzyka.

Dick Dale potrafił zagrać cokolwiek i we wszystkich gatunkach muzyki – do tego grając na… 15 różnych instrumentach. I choć trudno w to uwierzyć, przez całe życie nie wziął ani jednej lekcji muzyki. Samorodny talent wystarczył, by „Król surf rocka” zbudował gitarowe brzmienie i styl, który wpłynął na wszystkich największych – od Beach Boys przez Hendrixa do The Ramones.

Pionier gitary elektrycznej, król surf rocka i muzyk wszechstronny Dick Dale zmarł 16 marca 2019 roku w wieku 81 lat, pozostawiając po sobie jedne z najpiękniejszych gitarowych utworów, jakie można sobie tylko wymarzyć. Koncertował do samego końca.

Robert „Litza” Friedrich – Acid Drinkers, Luxtorpeda, Kazik na Żywo, Flapjack

Stawkę zamykamy wielce utalentowanym artystą, którego największym przekleństwem jest to, że urodził się i tworzy w Polsce (to, oczywiście, nasze subiektywne zdanie). Litza jest bezapelacyjnie gitarzystą, który w latach dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku stworzył najlepsze riffy w Polsce, a może i w Europie. Jest muzykiem wyjątkowo eklektycznym – potrafi czerpać z każdego gatunku muzycznego, grać swobodnie lub technicznie i precyzyjnie. Jego twórczość ma w sobie masę kunsztu muzycznego i dobrej, prawdziwie rockowej energii.

Friedrich nie boi się szaleństwa i eksperymentów, ale nie przeraża go też spokojne granie – zwłaszcza w projektach, w które angażuje nie tylko swoją miłość do muzyki, ale całą filozofię życiową. Umówmy się, że jeśli jesteś gitarzystą, na którego koncerty z Arką Noego przychodzą fani najsłynniejszych polskich kwasożłopów – coś musi być na rzeczy.

Doceniają go nie tylko fani, ale też krytycy. Litza jako członek zespołu Luxtorpeda dwukrotnie wygrał w konkurencji „Najlepszy polski instrumentalista” w plebiscycie Teraz Najlepsi, organizowanym przez czasopismo muzyczne Teraz Rock – w 2012 i 2013 roku. W 2012 i 2015 roku, zdobył w tym samym plebiscycie również tytuł „Najlepszego wokalisty roku” (także z Luxtorpedą). Całkiem nieźle, jak na chłopaka, któremu pierwszych wskazówek dotyczących kontaktu ze strunami gitary udzielał lokalny dzielnicowy (naprawdę!).

Jednak zamiast ubolewać nad tym, że Litza nigdy nie został cennym polskim towarem eksportowym, cieszmy się, że polska muzyka zyskała dzięki niemu moc, jakiej pozazdrościłoby wielu największych muzycznego świata.

Oczywiście dobra muzyka brzmi dobrze ma każdym sprzęcie, ale jeszcze lepiej brzmi na dobrym. Zapraszamy na odsłuchy do salonów Top Hi-Fi & Video Design!

Tylko zarejestrowani klienci mogą pisać komentarze. Proszę, zalogować się lub zarejestrować

Przewodniki

Chcesz skompletować swój pierwszy zestaw audio?
Chciałbyś pogłębić swoją wiedzę? Zapraszamy do
zapoznania się z naszymi przewodnikami.

Kategorie produktów


Salony sprzedaży


Białystok
  • Apartamenty Jagiellońskie
    ul. Jurowiecka 19 lok. U3/U4
  • 85 722 29 02, 519 073 470
Bydgoszcz
Katowice
Kielce
Kraków
Lublin
Łódź
Poznań (Woźna)
Poznań (Posnania)
Sopot
Szczecin
Warszawa (Andersa)
Warszawa (Naruszewicza)
Warszawa (Nowogrodzka)
Wrocław